Tłumacz na targach

W powszechnej opinii praca tłumacza na targach to przyjemność i spory zastrzyk finansowy. Kilka przyjemnym dni w obcym kraju, dobrym hotelu, spędzonym na koszt organizatora stoiska targowego. Możliwość spotkania ciekawych ludzi, zdobycia nowych doświadczeń zawodowych. Wszystko wygląda bardzo ciekawie i miło.

Jednakże praca tłumacza na targach to przede wszystkim duży stres, niewyspanie i dyspozycyjność, rzadko ograniczająca się do 8 godzin dziennie. Kilkugodzinna obecność przy stoisku targowym z uśmiechem na twarzy i koniecznością skupienia się na poprawności językowej tłumaczonym rozmów biznesowych czy towarzyskich jest bardzo męcząca.

Do obowiązków tłumacza należy również często obecność na wydarzeniach towarzyszących targom: kolacjach, spotkaniach, biznesowych, czy imprezach towarzyszących.

Czas pracy tłumacza to nie tylko sam okres targów ale również czas przed targami poświęcony na przygotowaniu się do nich.

Konieczne jest zapoznanie się ze specyficznym słownictwem branżowym, rodzajem produktów oferowanych na stanowisku targowym. Takie przygotowanie tłumacza do targów jest niezmiernie ważne. Wysiłek ten może przynieść wiele korzyści handlowych w postaci nowych klientów oraz kontaktów.

Organizatorzy stoisk targowych winni zadbać o dobrą współpracę z tłumaczem bowiem jego rola w sprzedaży produktu firmy jest bardzo ważna.

Wakacje tłumacza

Nadeszła wiosna a z nią czas na rozpoczęcie intensywnego sezonu turystycznego a chwilę potem wakacyjnego leniuchowania.

Już starożytni ostrzegali przed zbytnią próżnością i lenistwem twierdząc, iż „otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura” – życie bez zajęć naukowych i literackich jest śmiercią i grobem żywego człowieka.

Trudno wyobrazić sobie życie bez chwil słodkiego nicnierobienia. Dla wielu osób są one niestety tylko w okresie urlopu. Jednak wakacyjny odpoczynek tłumacza-turysty nie jest już taką oczywistością.

Nie ma nic przełomowego w stwierdzeniu, iż spora liczba polskich turystów odpoczywających w kurortach świata zna jedynie język ojczysty i wymaga, by się do nich zwracać w tym języku. Nie ważne czy są we Francji, Grecji, czy Egipcie.

Niestety, tacy turyści szybko się rozczarowują w chwili, gdy sylabizując („patrz mi na usta”) polskie wyrazy, próbują porozumieć się z obsługa hotelową, sklepową czy lotniskową.

I wtedy nasi zaradni rodacy rozpoczynają „polowanie” na tłumacza na wakacjach. Wystarczy nieopatrznie zdradzić choć trochę swoje umiejętności językowe, a już wkrótce ustawia się do nas kolejka turystów z prośbą o załatwienie różnych spraw z „nic nie rozumiejącymi tubylcami”.

Mamy więc : załatwienie nowych ręczników, pytanie o wynajem auta, targowanie się w sukach, tłumaczenie objawów przejedzenia w czasie wizyty u lekarza itd. itp.

Oczywiście, drobne przysługi tłumacza-turysty mogą go jedynie wybić z rytmu odpoczywania i nicnierobienia ale bardzo mocno „ustawić” towarzysko.

Gorzej gdy nasz tłumacz-turysta „uczulony językowo” nerwowo nie wytrzymuje i zaczyna poprawiać bądź dopowiadać odpowiednie słowa czy fragmenty do wypowiedzi np. miejscowych przewodników – wtedy właśnie zaczyna się droga do jego zguby.

Bowiem szybko w całej sytuacji orientuje się przewodnik lokalny i zwraca się z prośbą o dalsze tłumaczenie jego wypowiedzi. I tak z urlopu tłumacza pozostaje mgliste wspomnienie, bo znów tłumaczy i to za darmo. A w chwilach wolnych od przekładu są oczywiście „przysługi dla rodaków”.

Pamiętajmy że „dulcis est somnus operanti” – słodki jest sen dla pracującego, należy się również tłumaczowi-turyście. Uczmy się języków obcych lub zaopatrzmy się chociaż w mini rozmówki dla danego kraju. Radźmy sobie sami, przecież Polacy z tego słyną.