Święta Ho! Ho! Ho!

Czas świąt to okres spotkań w gronie rodzinnym i osób nam bliskich, na które czekamy, których pragniemy ponad wszystko, i które co ważne dają nam nowe siły do dalszego istnienia i działania.

Wszystkich  pod choinkę i na gwiazdkę przesyłamy życzenia, zdrowia ,pomyślności, sukcesów w pracy i spełnienia tych nawet najskrytszych marzeń.

Biuro Tłumaczeń BIT

Reklamowe wpadki tłumaczy

Tłumaczenie tekstów marketingowych nie należy do łatwych zadań, problematyczne jest zwłaszcza tłumaczenie sloganów reklamowych.To duże wyzwanie dla tłumacza.

Najczęściej hasła reklamowe są tworzone z wykorzystaniem gier słownych, aluzji kulturowych, odnośników do tradycji lub zdarzeń znanych w danym kraju. Z tego też powodu bardzo często nie istnieje właściwy odpowiednik w języku docelowym.

W procesie tłumaczenia sloganów reklamowych najważniejszy jest kontekst językowo-kulturowy, który musi być odpowiednio dobrany pod kątem odbiorcy hasła reklamowego. Jeżeli tłumacz nie zwróci uwagi na konotacje, jakie dany slogan ma w języku obcym-docelowym, konsekwencje mogą być bardzo poważne.

Reklamowana, za pomocą źle przetłumaczonego sloganu, marka może narazić się nie tylko na wyśmianie przez potencjalnych klientów ale też na poważne problemy osłabiające markę i status firmy.

Przykładem niech będzie slogan „Fly in leather”, czyli „Lataj na skórze” albo „Lataj w skórze”, który miał reklamować wysoki standard  oferowany w klasie biznes na liniach American Airlines w Meksyku.

Slogan został przetłumaczony na język hiszpański i brzmiał „Vuelo en Cuero”. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że tłumacz przeoczył fakt ,że w języku potocznym zwrot „en cuero” znaczy po prostu „nago”. I tak „Fly in leather” stało się „Fly Naked”.

Meksykańscy biznesmeni nie mieli ochoty na uprawianie drogiego naturyzmu na dużych wysokościach i nie skorzystali z oferty American Airlines.

Aby zapobiec tego typu wpadkom można skorzystać z dwóch rozwiązań.Jednym z nich  jest tłumaczenie dosłowne tekstu hasła reklamowego, po czym jego ponowne opracowanie przez copywritera, albo zaproponowanie dwóch wersji tekstu – tej dosłownej i nieco odbiegającej od oryginału, ale mającej podobny wydźwięk.

Ale to zadanie dla ekspertów i zawsze z nich korzystajmy w takich sytuacjach, a sukces pewny!

Tłumacz na targach

W powszechnej opinii praca tłumacza na targach to przyjemność i spory zastrzyk finansowy. Kilka przyjemnym dni w obcym kraju, dobrym hotelu, spędzonym na koszt organizatora stoiska targowego. Możliwość spotkania ciekawych ludzi, zdobycia nowych doświadczeń zawodowych. Wszystko wygląda bardzo ciekawie i miło.

Jednakże praca tłumacza na targach to przede wszystkim duży stres, niewyspanie i dyspozycyjność, rzadko ograniczająca się do 8 godzin dziennie. Kilkugodzinna obecność przy stoisku targowym z uśmiechem na twarzy i koniecznością skupienia się na poprawności językowej tłumaczonym rozmów biznesowych czy towarzyskich jest bardzo męcząca.

Do obowiązków tłumacza należy również często obecność na wydarzeniach towarzyszących targom: kolacjach, spotkaniach, biznesowych, czy imprezach towarzyszących.

Czas pracy tłumacza to nie tylko sam okres targów ale również czas przed targami poświęcony na przygotowaniu się do nich.

Konieczne jest zapoznanie się ze specyficznym słownictwem branżowym, rodzajem produktów oferowanych na stanowisku targowym. Takie przygotowanie tłumacza do targów jest niezmiernie ważne. Wysiłek ten może przynieść wiele korzyści handlowych w postaci nowych klientów oraz kontaktów.

Organizatorzy stoisk targowych winni zadbać o dobrą współpracę z tłumaczem bowiem jego rola w sprzedaży produktu firmy jest bardzo ważna.

Wakacje tłumacza

Nadeszła wiosna a z nią czas na rozpoczęcie intensywnego sezonu turystycznego a chwilę potem wakacyjnego leniuchowania.

Już starożytni ostrzegali przed zbytnią próżnością i lenistwem twierdząc, iż „otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura” – życie bez zajęć naukowych i literackich jest śmiercią i grobem żywego człowieka.

Trudno wyobrazić sobie życie bez chwil słodkiego nicnierobienia. Dla wielu osób są one niestety tylko w okresie urlopu. Jednak wakacyjny odpoczynek tłumacza-turysty nie jest już taką oczywistością.

Nie ma nic przełomowego w stwierdzeniu, iż spora liczba polskich turystów odpoczywających w kurortach świata zna jedynie język ojczysty i wymaga, by się do nich zwracać w tym języku. Nie ważne czy są we Francji, Grecji, czy Egipcie.

Niestety, tacy turyści szybko się rozczarowują w chwili, gdy sylabizując („patrz mi na usta”) polskie wyrazy, próbują porozumieć się z obsługa hotelową, sklepową czy lotniskową.

I wtedy nasi zaradni rodacy rozpoczynają „polowanie” na tłumacza na wakacjach. Wystarczy nieopatrznie zdradzić choć trochę swoje umiejętności językowe, a już wkrótce ustawia się do nas kolejka turystów z prośbą o załatwienie różnych spraw z „nic nie rozumiejącymi tubylcami”.

Mamy więc : załatwienie nowych ręczników, pytanie o wynajem auta, targowanie się w sukach, tłumaczenie objawów przejedzenia w czasie wizyty u lekarza itd. itp.

Oczywiście, drobne przysługi tłumacza-turysty mogą go jedynie wybić z rytmu odpoczywania i nicnierobienia ale bardzo mocno „ustawić” towarzysko.

Gorzej gdy nasz tłumacz-turysta „uczulony językowo” nerwowo nie wytrzymuje i zaczyna poprawiać bądź dopowiadać odpowiednie słowa czy fragmenty do wypowiedzi np. miejscowych przewodników – wtedy właśnie zaczyna się droga do jego zguby.

Bowiem szybko w całej sytuacji orientuje się przewodnik lokalny i zwraca się z prośbą o dalsze tłumaczenie jego wypowiedzi. I tak z urlopu tłumacza pozostaje mgliste wspomnienie, bo znów tłumaczy i to za darmo. A w chwilach wolnych od przekładu są oczywiście „przysługi dla rodaków”.

Pamiętajmy że „dulcis est somnus operanti” – słodki jest sen dla pracującego, należy się również tłumaczowi-turyście. Uczmy się języków obcych lub zaopatrzmy się chociaż w mini rozmówki dla danego kraju. Radźmy sobie sami, przecież Polacy z tego słyną.